Jak dochodzi do uzależnienia?
Znamy już powody, dla których alkohol sprawia nam (względną) przyjemność podczas samego picia, wiemy też, jak wpływa na mózg i resztę organizmu – dlaczego więc, skoro tak bardzo nam szkodzi, nie mamy mechanizmu obronnego, który zapobiega uzależnieniu?
Cóż, mamy: jest to kac, czyli zatrucie organizmu alkoholem, a dokładniej aldehydem octowym, który jest jego pierwszym metabolitem.
| |||
| Źródło: Deposit Photos. |
Gdyby nie nasz przekorny mózg i szlak nagrody, zapewne kac wystarczyłby nam do zaprzestania picia po pierwszej szalonej nocy, podobnie jak po sparzeniu gorącą herbatą staramy się unikać picia takiej świeżo zaparzonej. Jednak w tym przypadku „kara” jest – dla naszego mózgu – niewspółmiernie mała w stosunku do „nagrody”. I możemy tutaj rozmawiać sobie o silnej woli bez końca, ale silna wola kończy się tam, gdzie wyrabia się nawyk dostarczania przyjemnych doznań i niwelowania niedogodności jak najmniejszym kosztem. Myślimy, że to świadomość służy do kreowania naszego życia i rzeczywistości, ale prawda jest taka, że większość tego, co robimy, jest kompletnie niezależne od nas i dzieje się niejako poza naszym świadomym rozumowaniem. Nie wierzycie?
Jeśli nie, to polecam gorąco książki Davida Eaglemana. We wspaniałej książce Incognito, The Secret Lives of the Brain, opisuje on przede wszystkim zjawisko, z którego rzadko zdajemy sobie sprawę: nasza podświadomość jest podstawą tego, co robimy, naszych wyborów, decyzji, a nawet tego, czy wdepniemy w psią kupę na chodniku. Nie będę zdradzać szczegółów, ale już na początku książki przeczytamy o pewnym eksperymencie dotyczącym tego, jak podświadomość steruje wyborem partnera życiowego.
Podobnie jest z uzależnieniem: do jakiegoś momentu jesteśmy w stanie świadomie podejmować decyzje, ale kiedy nauczymy mózg, że alkohol „pomaga” nam w byciu towarzyskim, zasypianiu, zabawie, walce z depresją, to mózg już bez naszego udziału (przypominam część 1 i eksperyment z filmu Wasted) będzie wybierał ten szybki i niezawodny sposób „pomocy”: na widok reklamy alkoholu poczujemy potrzebę napicia się, podobnie będzie, jeśli spotkamy starych kompanów od kieliszka czy wejdziemy do baru. Dlatego właśnie leczenie uzależnienia jest takie trudne i dlatego nie można mówić, że osoby z uzależnieniem są słabe czy nie mają silnej woli: na pewnym etapie silna wola po prostu się nie liczy; trzeba wspomagać chorego farmakoterapią, psychoterapią, edukacją pozwalającą stawiać świadomą barierę podświadomości, a także wsparciem rodziny, przyjaciół i, co nie do przecenienia, osób takich jak sponsor z AA (lub jego odpowiednik).
Dysponujemy obecnie lekami, które znacząco zmniejszają potrzebę picia – wiele z nich jeszcze jest w fazie badań, inne, jak semaglutyd (Ozempic), rozważamy do stosowania poza wskazaniami rejestrowymi. Często słyszę, że jak to, jeśli osoba uzależniona od narkotyków czy alkoholu musi całe życie brać leki, żeby nie pić czy nie stosować różnych substancji, to chyba z tym leczeniem coś jest nie tak. Nikt jakoś jednak nie buntuje się, że osoby z cukrzycą czy reumatoidalnym zapaleniem stawów muszą brać stale leki – a to, moi drodzy, jest dokładnie to samo, tylko osoba uzależniona ma chory mózg. Możemy więc upierać się, że „to na własne życzenie”, ale gros chorób cywilizacyjnych jest na własne życzenie, a jednak nie odmawiamy insuliny, diuretyków ani statyn nikomu, kto ich potrzebuje. Po prostu leczymy chorego, niezależnie od tego, jakie podłoże ma jego choroba. Jeśli trochę zmienimy to podejście, mamy szansę uratować setki tysięcy ludzi rocznie na całym świecie, zapewniając leki: metadon, naltrekson, akamprosat czy topiramat.
Fazy uzależnienia
Uzależnienia nie rozwijają się z dnia na dzień; u niektórych osób dojście do ostatniej fazy zabiera kilka lat, u innych zaś kilkanaście – jeszcze inni piją jako wysoko funkcjonujący alkoholicy nawet całe życie. Są też osoby, które „miotają się” między fazą II i III, piją ryzykownie, a potem przestają, ale też takie, które niejako przechodzą cykle picia i niepicia na zmianę przez dekady. Nadal jednak jest to uzależnienie!
Czy kobiety uzależniają się inaczej albo szybciej albo czy niektóre grupy etniczne mają większą skłonność do uzależnień? Na to pytanie odpowiemy w kolejnej części; teraz zajmiemy się tylko fazami uzależnienia.
Pierwsza faza to faza zwana piciem towarzyskim: charakteryzuje się ona tym, że spożywanie alkoholu kojarzymy z czymś miłym: wyjściem, imprezą, relaksem. To w tej fazie wstawiamy w piątkowe wieczory kieliszki z trunkiem na profile w kontach społecznościowych, umawiamy się na grilla z alkoholem, wesela, urodziny czy piwo pod chmurką. Większość z nas zatrzymuje się gdzieś na samym początku tej fazy: pijemy alkohol, ale ponieważ nie doprowadza to do problemów, które trzeba zapić (o tym będzie dalej), a dodatkowo jesteśmy zdrowi emocjonalnie, to nie przesuwamy się dalej: mamy okresy bez alkoholu trwające nawet kilka lat, odstawiamy butelkę wina po jednym kieliszku, w sklepie kupujemy dwa piwa na weekend raz na kilka tygodni i tylko wtedy, gdy ktoś będzie pić z nami.
Jednak, przypomnijmy sobie, nie uzależni się ten, kto nigdy nie pije. Zdarza się, że picie towarzyskie przeradza się w nawyk: picie co tydzień, co piątek, picie po każdym sukcesie, przy każdym spotkaniu (idziesz z koleżanką jak zwykle na kawę, ale bierzesz wiśniówkę albo koniak), a następnie...
Picie ryzykowne i szkodliwe, czyli faza ostrzegawcza (zwiastunowa)
Picie ryzykowne oznacza picie zbyt dużo i w niewłaściwych okolicznościach, co może prowadzić na przykład do spowodowania wypadku, uszkodzeń ciała czy zostania ofiarą przemocy. Na tym etapie niekoniecznie jesteśmy uzależnieni czy nawet na drodze do uzależnienia: wiele osób, jak już wiemy, „płynnie” przechodzi między początkowymi fazami. Jeśli jednak nie zmienimy wzorca, zaczyna się picie szkodliwe, które już powoduje szkody psychofizyczne czy społeczne.
Podczas drugiej fazy uzależnienia pojawia się zwiększona tolerancja alkoholu (coraz mocniejsza głowa), aktywne szukanie okazji do wypicia przy jednoczesnym ukrywaniu tego faktu, nasila się uczucie przyjemności po wypiciu i tłumaczenie picia „problemami” (z szefem, mężem, partnerką, mieszkaniem...).
To w tej fazie zaczyna się nierzadko „klinowanie” na kaca i pojawiają się palimpsesty alkoholowe – to, co zdarzyło się wczoraj Mentzenowi, który w wywiadzie przyznał, że „urwał mu się film”.
Faza krytyczna, zwana ostrą
Ta faza jest już wstępem do silnego uzależnienia od alkoholu i w przeciwieństwie do dwóch poprzednich wymaga już bardzo aktywnego uczestniczenia w procesie zdrowienia i przerwania wzorca picia. To tutaj nasz mózg włącza nam fizyczny przymus picia, pojawiają się silne reakcje następnego dnia, chory zaczyna klinować coraz częściej, a jednocześnie coraz częściej szuka wymówek dla swojego picia. Mówi: piję, bo mam problemy (choć prawda jest taka, że na tym etapie ma się już problemy... z powodu picia, tak więc kółko się zamyka).
Zaczynają się problemy w pracy lub szkole: absencja, zapominanie o zobowiązaniach, agresja, brak zainteresowania. Chora osoba przestaje o siebie dbać, źle się odżywia i zaczyna mieć problemy ze zdrowiem fizycznym (opisane w poprzedniej części). Wysoko funkcjonujący alkoholicy, zwykle na samodzielnych stanowiskach lub bez stałych zobowiązań, są w stanie na tym etapie ukrywać uzależnienie nawet przez kilka dekad, choć nie bez znaczenia pozostaje fakt, że często „pomaga” im w tym współuzależnione otoczenie.
Często osobie chorej wydaje się, że na przykład dzieci czy partner nie widzą jeszcze jej problemu: utwierdzają się w tym przekonaniu, pijąc ciągami i zachowując abstynencję tygodniami (czyli wykazując mityczną silną wolę), dodatkowo przysięgając, że to koniec, że nie muszą pić i mogą zawsze przestać, a na koniec upijając się, zrzucając winę na gderliwą partnerkę, niegrzeczne dzieci czy... brzydką pogodę.
To jest ten moment, kiedy leczenie ma jeszcze duże szanse powodzenia – o ile osoba uzależniona da się na nie namówić, co jest często trudne, bo na tym etapie nierzadko jest się już w takim konflikcie z rodziną, przyjaciółmi i współpracownikami, że pojawia się stan permanentnego napięcia, rozładowywanego, a jakże, alkoholem.
Bez leczenia picie przechodzi w fazę przewlekłą.
Faza przewlekła (chroniczna)
To faza ostatnia, często kończąca się przedwczesnym zgonem chorego. Oczywiście nie trwa ona miesiąc czy dwa, zwykle ciągnie się latami – chory traci często pracę, rzuca szkołę, pozostaje w silnym konflikcie z rodziną (a więc nie ma wsparcia), a do tego zaczynają występować fizyczne i psychiczne objawy uzależnienia, które już mocno wpływają na jego życie. Rozpoczynają się ciągi alkoholowe, zespoły odstawienne, powikłania natury psychicznej, a narządy pomału się poddają.
Na tym etapie wiele zależy od organizmu chorej osoby – ale nieleczone uzależnienie zawsze prowadzi do przedwczesnej śmierci, nawet jeśli nastąpi ona w zaawansowanym wieku.
Czy da się uchronić przed wejściem w kolejne fazy? Na 100% tylko wtedy, gdy nigdy nie pijemy. Możemy też mieć z tyłu głowy świadomość zagrożenia i pilnować, by świadomie nie sięgać po alkohol w następujących sytuacjach:
- w samotności;
- z nudów lub stresu;
- dla odreagowania złości;
- regularnie w tej samej sytuacji (piąteczek na Twitterze);
- w przypadku zaburzeń takich, jak depresja;
- w obliczu straty (rozwód, śmierć, utrata pracy).
Wszystkie opisane wyżej fazy, nie zawsze bardzo jednoznaczne, znajdziecie w publikowanych na przykład w internecie piciorysach, czyli opowieściach leczących się osób uzależnionych o tym, jak rozwijała się ich choroba. Jeśli mam kogoś zachęcać do czytania o uzależnieniu, to zawsze będę zachęcać do czytania tych historii, do wybrania się na spotkanie AA (jeśli czujesz, że pijesz ryzykownie, warto iść, posłuchać, porozmawiać), kupienia książek o uzależnieniu, w których zwykli ludzie opowiadają o swojej chorobie i leczeniu.
A o tym, jak przebiega leczenie, dlaczego tak wiele osób ma nawroty, czy mężczyźni i kobiety chorują inaczej – w kolejnym odcinku niedługo.
Komentarze
Prześlij komentarz