... czyli czemu specjaliści zdrowia psychicznego „czepiają się” promocji piwa w majówkę. Bardzo subiektywny tekst, ale nie umiem przejść obojętnie wobec tematu.
Jak co roku już tradycyjnie w długi majowy weekend pojawiły się w sklepach promocyjne zestawy piwa i innych alkoholi – i jak co roku na Twitterze rozgorzała dyskusja na temat „zakazu picia” (jak to interpretuje sporo internautów). I jak co roku cierpliwie lekarze, psychologowie i naukowcy wyjaśniają, że przecież nikt niczego zakazywać nie chce, prohibicja przecież nie ma racji bytu, a po prostu chcemy mieć bardziej świadome społeczeństwo i przestać akceptować nieetyczne reklamy alkoholu. Jak bumerang wraca też argument: „przecież ludzie mają swój rozum i silną wolę, ja umiem pić, tylko winko z żoną do kolacji, nigdy się nie upijam, kupię sobie te 24 piwa w promocji i będę pić przez rok”.
Naszym celem jednak nie jest wmawianie nikomu, że jest „słaby” albo „nie umie pić”, bo są to założenia z gruntu błędne – chcemy po prostu rozmawiać dużo, głośno, zdecydowanie i bez upiększania o tym, jakie spustoszenie sieje alkohol (inne substancje też, ale tu chcę się skupić na alkoholu) nie tylko u pijących, ale też w rodzinach, całym społeczeństwie, finansach domowych i publicznych, szpitalach i poradniach.
Alkohol jest wszędzie, pokazywanie w reklamach jego „pozytywnej” strony (impreza, koncert, uroczystość), powszechne przekonanie, że bez alkoholu nie ma zabawy (dlatego na dziecięce party szykuje się wersje bezalkoholowe szampana, utrwalając już w młodym wieku powiązanie ze świętowaniem), a także bardzo polskie pomijanie milczeniem czyjegoś picia, nawet ryzykownego lub nałogowego, ale odwracanie się plecami, kiedy to picie staje się prawdziwym, bolesnym, śmierdzącym i bełkoczącym problemem. Nie zamierzam tutaj moralizować, nie zamierzam też nawoływać do zakazu produkcji czy sprzedaży alkoholu, bo nie o to chodzi – chciałabym Wam pokazać, na czym polega uzależnienie i dlaczego tak łatwo w nie wejść, tak trudno wyjść i tak ciężko jest je nam, osobom stojącym z boku, zrozumieć. Bo przecież „ludzie mają swój rozum”, prawda?
Historia alkoholu
Alkohol zaczęto pędzić w Chinach około 7000 lat p.n.e., jednak przyjmuje się, że ludzie (i zwierzęta!) poznali alkohol znacznie wcześniej – do teraz znamy przypadki zwierząt jedzących sfermentowane naturalnie słodkie owoce. W związku z tym można uznać, że około 100 000 lat temu znano już jego działanie, a z czasem wprowadzanie nowych upraw i naczyń oraz odkrycie destylacji sprawiły, że zaczęliśmy pić więcej i częściej.
Co ciekawe, w wiekach średnich wcale nie pito alkoholu (wina i piwa) zamiast wody: to mit! Miasta i osady budowano jak najbliżej świeżej wody, były studnie, pito również gorące napoje, głównie na bazie ziół. Z całą pewnością jednak, dzięki rozwojowi pisma (a z czasem druku), najłatwiej nam znaleźć odniesienia do alkoholu w Europie od tamtego czasu; stąd też to fałszywe przekonanie, że pito głównie wina, miody pitne i piwo. Więcej informacji znajdziecie we wpisach Fake History Hunter na Twitterze (inne „debunki” autorki też polecam).
Około XVI wieku w Europie zaczęto produkować wino na skalę przemysłową, bowiem wtedy przestały zajmować się tym wyłącznie klasztory.
Z czasem alkohol stał się coraz powszechniejszy i coraz tańszy – w Anglii w połowie XVIII w. konsumpcja mocnego alkoholu na bazie zbóż sięgnęła 18 milionów galonów, a okres od początku do połowy tego wieku nazwano mianem „Gin Craze” (szaleństwa dżinu; w tamtym czasie dżinem nazywano mocne alkohole). Spożycie alkoholu było dramatycznie wysokie również wśród dzieci i młodzieży, a także kobiet, w tym ciężarnych; z tego powodu rząd brytyjski musiał wprowadzić ograniczenia w sprzedaży i produkcji alkoholu, a także zacząć licencjonować puby.

Najlepiej znanym przykładem prób restrykcji jednak była amerykańska prohibicja, trwająca aż 13 lat (1920–1933), która skończyła się fiaskiem ze względu na rozwój podziemia; również w Polsce próbowano wprowadzać zakazy i ograniczenia, o czym możecie przeczytać w doskonałym artykule tutaj.
Nie będziemy się skupiać tu na historii, ale warto zapamiętać, że nasz mózg ma z alkoholem do czynienia od bardzo dawna, a my nadal nie umiemy się skutecznie „bronić” – nie mamy szczepionek, leków czy cudownych metod zapobiegania uzależnieniu (poza niepiciem, rzecz jasna), a zdroworozsądkowe metody po prostu nie działają.
Historia leczenia uzależnień
Zanim przejdziemy do zapoznania się ze schematem uzależnienia i poznamy je od strony fizjologii, psychologii i neurologii, przyjrzyjmy się temu, jak nieskutecznie próbowano leczyć uzależnienia na przestrzeni wieków: bowiem kolejnym fałszywym przekonaniem jest, że kiedyś ludzie pili „inaczej” i się nie uzależniali.
Znamy przykłady wielu postaci historycznych, które zdecydowanie przesadzały z piciem – jednak tak naprawdę era masowej produkcji alkoholu (od końca XVII wieku w Europie i od XVIII wieku w Stanach Zjednoczonych) najbardziej wpłynęła na pojawienie się uzależnień oraz chorób wynikających z nadmiernego spożycia alkoholu. Już podczas wspomnianego Gin Craze popularni autorzy opisywali problemy spowodowane przez nadmierne picie: Henry Fielding pisał nawet, że „wkrótce wśród niższych klas nie będzie komu pić, bo wszyscy umrą”.
W tamtym czasie uznawano, że do zaprzestania picia wystarczy… przestać pić, więc nietrudno zgadnąć, że – poza przypadkami bogatszych osób – uzależnionych pozostawiano samym sobie.
Uzależnienie od alkoholu pod koniec XIX wieku „leczono” morfiną, a jeszcze na początku XX wieku w USA 15 stanów wprowadziło, bazując na teorii przekazywania uzależnienia w genach, obowiązek sterylizacji osób uzależnionych. Z kolei w latach 40. i 50. ubiegłego wieku, kiedy zachwycano się hormonami, wstrzykiwano pacjentom hormon adrenokortykotropowy, który nie tylko nie zapobiegał nawrotom, ale dość skutecznie zabijał. Lobotomia z kolei była przez kilka lat stosowana u osób uzależnionych od narkotyków.
Z czasem powstało kilka modeli leczenia, opartych na różnych przesłankach: moralne, charakterologiczne, edukacyjne, biologiczne, warunkowe itd. Obecnie od dwóch dekad przyjmuje się model „amerykański”, w którym alkoholizm uznaje się za przewlekłą i nawracającą chorobę mózgu. Zanim jednak udało nam się skutecznie połączyć neuronaukę z psychologią/psychiatrią i odpowiednią farmakologią, próbowaliśmy wielu podejść, które wpłynęły zdecydowanie na postrzeganie samego uzależnienia.
Jakie to były podejścia?
Na przestrzeni dwóch ostatnich stuleci przodowały metody moralna, warunkowa i biologiczna. To one powodują najwięcej nieporozumień przy obecnym, holistycznym podejściu, a także sprawiają, że mówimy: brak silnej woli, to rodzinne, jakby nie chciała, to by nie piła itd.
Podejście „moralne” zakładało silną wolę i chęć zaprzestania picia. Czy to działa? U niektórych osób tak, ale tylko na wczesnym etapie i ze wsparciem na przykład AA oraz tzw. sponsora (opiekuna zdrowienia, osoby, z którą można się kontaktować i na której pomoc można liczyć; jest to zwykle inna osoba z uzależnieniem, niepijąca).
Podejście biologiczne opierało się na tezie, że ludzie „tacy są” od początku, mają „gen alkoholizmu” i jak ktoś pije, to będzie pić zawsze, więc trzeba go fizjologicznie odstawić, a najlepiej zapobiec przenoszeniu „wady” na kolejne pokolenia (patrz sterylizacja w USA opisana powyżej). Co prawda wiemy obecnie, że genetyka ma pewien wpływ na skłonność do uzależnień (według niektórych badaczy jest to nawet 50%), ale nie jest to jeden prosty gen; dodatkowo ogromną rolę odgrywa środowisko, w którym obracała się dana osoba. Badania jednak mogą pomóc nam na przykład tworzyć skuteczne celowane leki, które wesprą pacjentów. Dzięki badaniom obrazowym, biochemicznym i rozwojowi neuronauki wiemy teraz jedno: osoby, które się uzależniają, mają z reguły zaburzenia związane z receptorami dopaminy, ale pamiętajmy: za te zaburzenia NIE odpowiada jeden gen (podobnie jak w przypadku zwijania języka w trąbkę).
Podejście „warunkowe” z kolei zakładało, że pacjent ma wybór między dobrem (nie piję) i złem (piję, a więc tracę wszystko). Stereotyp: nie zależy jej na dzieciach, woli wódkę. Musi się stoczyć na dno, żeby zrozumieć i się leczyć. Podejście to jest podejściem „zdrowego człowieka”: ktoś, kto nie jest
uzależniony, nie potrafi zrozumieć, dlaczego chora osoba „nie umie się wziąć w garść”.
Tymczasem badania wykazują, że u osób uzależnionych mózg po prostu przestaje na długo działać prawidłowo, ograniczają się inteligencja emocjonalna oraz zdolność rozumowania, która innym ludziom na ten wybór pozwala.
Zaburzenia te doprowadzają z czasem do TRWAŁEJ zmiany w czynności mózgu u osób uzależnionych. I jeśli obejrzeliście dostępny na YouTube dokument „Wasted”, to wiecie już, że te zmiany się nie cofają zbyt szybko.
Po prawej mózg osoby od 5 lat trzeźwej, reagujący na obrazy alkoholu (lewa=pijący, środek=0). 
Obrazy mózgu z filmu Wasted. Źródło: YouTube.
I teraz najważniejsze: podczas tego badania (wyświetlanie obrazów napojów alkoholowych i innych) Mike twierdził, że czuł się normalnie, nie odczuwał potrzeby napicia się, a obrazy alkoholu nie wpływały na niego. Cóż, mózg miał inne zdanie! Ponieważ uzależnienie wpływa na receptory, powoduje zmiany w mózgu, na pewnym etapie tak zwana silna wola po prostu nie działa, bo bez odpowiedniego leczenia może się zdarzyć, że nawet plakat z dziewczyną pijącą piwo zaprowadzi chorego prosto do baru. W żargonie terapeutycznym mówimy o takich osobach, że są suchymi alkoholikami. Co to oznacza? Suchy alkoholik to ktoś, kto po prostu przestał pić nałogowo (lub ryzykownie), ale nie zajął się ani przyczyną uzależnienia, ani zmianami pozwalającymi na świadomą trzeźwość, a zamiast tego ma nadal „pijane myślenie”.
Silna wola za to wystarcza zdrowym osobom do tego, żeby się nie napić. Nawet na imprezie (byliście kiedyś kierowcą?) czy w sytuacji, w której zwykle pije się alkohol towarzysko (konferencja, obiad itd.). Stąd właśnie wynika nasze mylne przekonanie, że „skoro ja mogę, to może każdy”. Cóż, nie może – ale niestety dowie się tego dopiero wtedy, kiedy będzie za późno. Co gorsza, osoba z tzw. silną wolą też może wpaść w szpony nałogu; wystarczy kilka razy o tej silnej woli zapomnieć, wypić kilka piw więcej tygodniowo (bo gorąco) itd. Nie robimy wszak badań przesiewowych sprawdzających zaburzenia receptorów dopaminy, więc warto pamiętać o tym zagrożeniu.
A jak leczymy obecnie?
Kiedyś farmakologicznie „leczono” alkoholizm na zasadzie tego, co pamiętacie z „Mechanicznej pomarańczy”: negatywnych skojarzeń. Antabuse (disulfiram), dopuszczony przez FDA w 1951 roku, był pierwszym tego typu preparatem. W Polsce to Anticol i tabletki podskórne (WZF), zwane popularnie „wszywkami” (Esperal). Środki te nadal są w użyciu mimo niewielkiej skuteczności.
Disulfiram powoduje wzrost stężenia aldehydu octowego i niemal natychmiastową reakcję po spożyciu alkoholu: nudności, wymioty, zaburzenia pracy serca, zaczerwienienie twarzy. Wersja do implantacji (najczęściej w okolice pośladków) zapobiega pomijaniu dawek – ale implant można wydłubać i pacjenci to robią. Kiedyś usłyszałam od osoby z uzależnieniem, że „wszczepianie esperalu nic nie daje, bo alkoholik ma chorą głowę, nie dupę”. Mocne, ale prawdziwe.
Takie działanie w zasadzie niczemu nie pomaga, pacjenci pomijają tabletki, „zapijają” je, wydłubują implanty. Obecnie częściej stosuje się nowsze metody wspomagania leczenia: naltrekson, akamprozat, nalmefen, GHB, baklofen, SSRI, topiramat. Diagnozujemy również choroby towarzyszące, prowadzimy terapię, zachęcamy do udziału w grupach wsparcia (nie tylko AA), zalecamy terapię całej rodziny, bo jest to jednym z elementów sukcesu.
O tym, skąd bierze się uzależnienie i dlaczego lubimy alkohol już niedługo!
W kolejnych częściach dowiemy się:
- Jak przebiega proces uzależnienia.
- Dlaczego tak bardzo lubimy alkohol i co dzieje się z nami po wypiciu (oraz dlaczego mamy kaca).
- Czy mężczyźni i kobiety piją inaczej i inaczej się uzależniają.
- Jak uzależnienie od alkoholu wpływa na społeczeństwo, zdrowie, relacje rodzinne i... finanse publiczne.
- Spróbujemy także przyjrzeć się temu, czy da się prowadzić kampanie społecznościowe, planować profilaktykę i zapobiegać fali uzależnienia od alkoholu (i innych substancji).
Na zakończenie serii odpowiem na pytania, które można zadawać w komentarzach lub na Twitterze pod tym wątkiem.
Komentarze
Prześlij komentarz